Zadrna, dwutygodnik kamiennogórski, nr 17, 02.10.1991

Kronika pożaru

OSIEM TRUDNYCH GODZIN

W niedzielę 19.09.199 r. ok. godz. drugiej nad ranem, niemal radośnie pojawił się płomień na budynku dworca kolejowego w Lubawce. Nadżarta przez korniki, wysuszona jak pieprz konstrukcja dachu stęknęła pod naporem ognia. Głośne „uff” słychać było w całym mieście.

Godzina 4:00

Strażacy, ćmiąc papierosy, drepcą pod budynkiem tłumacząc gapiom własną niemoc. „Ludzie, k…, nie mamy wody, żeby gasić.” Zawiadowczyni stacji prowadzi strażaków na środek przydworcowego parkingu. „Tutaj — pokazuje zalany teraz pianą asfalt — jeszcze przed kilku laty stał hydrant, a trochę dalej drugi”.

Najbliższy czynny hydrant zlokalizowano 400 m od pożaru. Woda podawana jest na miejsce gumowymi wężami i dowożona beczkowozem. Wystarczy jej zaledwie do polewania dachu. Sycząc po zetknięciu się z ogniem ścieka po 7 zlepionych warstwach papy do rynien. A strych od środka płonął już nad zegarem.

Pierwszy z mieszkańców, który zauważył ogień, zaczął budzić następnych, ale nie tak łatwo jest dotrzeć do 20 lokatorów budynku.

Stacja to prawdziwy labirynt. Prawie 300 m długości, 6 poplątanych klatek schodowych. W zadymionych zakamarkach i już na zewnątrz ludzie dopytują się nawzajem o siebie. Sąsiedzka solidarność. Na szczęście są wszyscy, choć większość w kapciach i koszulach nocnych.

Poprzez krople wrzącej ulewy przenikającej sufity rozpoczyna się wynoszenie dobytku z mieszkań. Najpierw dokumenty, potem kosztowności, potem rzeczy na zimę, przemoczone piernaty… Pojawiła się gorąca herbata, kanapki przyniesione przez życzliwe dusze.

Godzina 4:40

Spłonął zegar. Zegar, który był tutaj od zawsze, niepostrzeżenie stał się drogi temu, kto codziennie odruchowo kierował głowę w stronę dworca, by porównać jego wskazania ze swoim zegarkiem. Są i tacy ludzie, dla których był to jedyny zegar, jaki mieli.

Godzina 5:30

Płonie lewa część dworca. Wśród kłębów gryzącego dymu nie zagrożeni dotąd ludzie wynoszą swoje mienie. Jest wśród nich ojciec wielodzietnej rodziny. Wychodząc z mieszkania, trzyma w ręku jedynie butelkę ze smoczkiem: „Bo żona musi dziecko nakarmić”.

Godzina 6:00

Płonie 1/3 dachu. Pożar ma już ponad 100 m długości i 30 szerokości. Do 12 jednostek strażackich dojeżdżają 2 ekipy czeskie z Trutnowa. Teraz gaszenie nabiera tempa. Ogień już nie rozprzestrzenia się. W opinii wielu gapiów to właśnie Czesi ugasili ogień. Nie jest to całkiem zgodne z prawdą.

Współczucie, szacunek i podziw wzbudził jeden z naszych pożarników, który w bojowym oporządzeniu i masce na twarzy, działał na pełnym ognia i dymu strychu, a kiedy opadł z sił, zszedł na dół, zdjął hełm, maskę i nie skarżąc się na nic, przewrócił się na ziemię pośród stojących obok ludzi. Tam, gdzie upadł, leżał długo. Długo i nieruchomo.

Godzina 10:00

Już jest po wszystkim. Nad głównym wejściem jednak nadal płonie ogień — niczym olimpijski znicz — podsycany ciągle dopływającym z instalacji gazem. Nikt nie wie, gdzie są odcinające zawory.

Olbrzymi, największy z dolnośląskich (po Wrocławiu) dworzec, wybudowany został przed I wojną światową jako prusko–austriacki punkt odpraw granicznych. Wyróżniał się szczególną elewacją z piaskowca. Stanowił w Lubawce wyjątek schludności nie tylko na zewnątrz.

Dzisiaj pozostaną mieszkańcom jedynie odrapane z tynku, obskurne kamienice oraz trawa zarastająca wszystkie ulice, chodniki a nawet miejski rynek. Smutno będzie bez dworca, smutno też będzie bez zegara.

Ewakuowano z budynku 13 rodzin. Na razie do hotelu. Zastępcze lokale mieszkalne mają się znaleść od Wałbrzycha po Jelenią Górę.

Straty materialne, a raczej koszty ewentualnej odbudowy sięgną ponad 10 mld zł.

Wieść gminna głosi, że podpalenia dokonał szaleniec, inni zaś obstają przy wadliwie zainstalowanym piecyku gazowym. Przyczyny pożaru bada specjalna komisja.

Jan Majsław

--------------------

Strona początkowa serwisu „Koleje Dolnego Śląska”